wtorek, 31 lipca 2012

Prolog


Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk (czy może raczej: jęk) pracującego intensywnie faksu. Trzeba będzie wymienić tę kupę złomu, bo już naprawdę jedzie na oparach swojej dawnej świetności. Ale to później, teraz nie mam do tego głowy. Powoli wstałem z fotela i znudzony podszedłem do tej piekielnej maszyny. Czaicie, taka gra słów: przecież to ja jestem w Piekle, a ten gruchot został skonstruowany przez kilku ludzi (którzy, notabene, nie żyją już od bardzo, bardzo dawna). Zobaczmy, co też wypluł ten rupieć. Jeśli kolejne wezwanie do wydania dziesięciny Luckowi, to takiego wała, o! Nic ode mnie nie dostanie, gnojek jeden. Trzeba było w Niebie siedzieć cicho, a nie Najwyższemu od starych ramoli wygarniać. Że niby za dużo wódki? A kogo to obchodzi? Bo na pewno nie obchodziło Stwórcy! Zobaczmy więc, co to za świstek.

Im dalej czytałem, tym wyżej podjeżdżały moje brwi. Co, na Belzebuba...? Czy oni wszyscy w tym Piekle powariowali?! Rozwścieczony zgniotłem kartkę w kulkę. Potem ją rozprostowałem, bo wciąż nie mogłem uwierzyć w sens właśnie przeczytanych słów i postanowiłem zapoznać się z treścią obwieszczenia jeszcze raz.

Ale od pierwszego czytania nic się nie zmieniło (no, może poza paroma zagnieceniami, ale nie bądźmy upierdliwi). Za moją głowę wyznaczono nagrodę w postaci pięćdziesięciu tysięcy dusz i możliwości spędzenia nocy z małżonką Lucyfera, Jej Piekielną Wysokością Sukkubiną Lilith Bladolicą. Gdyby nie to ostatnie, to może sam bym się im podał jak na tacy, pomyślałem z rozbawieniem. A więc temu staremu skurczybykowi znowu się przypomniało, że to ja zacząłem go podpuszczać na tej ostatniej bibie, po której z hukiem nas wyrzucono z Nieba? Pięćdziesiąt tysi to nie w kij dmuchał. Noc z nimfomanką to też nęcąca propozycja, ale tak się składa, że ta konkretna nimfomanka jest też przy okazji sadystyczną suką z fiołem na punkcie ratlerków (po całym dziewiątym kręgu pałęta się ich tyle, co kotów w starożytnym Egipcie, i są bardziej uciążliwe, niż hinduskie krowy, brrr), pejczy i buntowników. O ile pejcze lubię i jestem kwintesencją buntownika (wspominałem już, że moje imię po hebrajsku znaczy między innymi "ten, który podnosi bunt"?), o tyle ratlerków nienawidzę jak psów. Ha, ha. No i musiało się temu capowi przypomnieć akurat teraz, kiedy jako tako się już urządziłem? Przerabiamy ten sam schemat od wielu lat: Lucyferowi się przypomina, że go napuściłem na Boga, za co bezpowrotnie zatrzaśnięto przed nami bramy niebios, a potem wyznacza za mnie nagrodę. Co ambitniejsze (albo głupsze, zależy od punktu widzenia) demony próbują mnie schwytać, a ja je zabijam. Po dokonaniu czystek w kadrze Piekła kończą mi się fajki i dopadają mnie wyrzuty sumienia, i w rezultacie sam się zgłaszam do Lucka. On marudzi, wrzeszczy, rzuca kurwami, talerzami czy co tam jeszcze mu się nawinie pod kopyta. Ja zaczynam nawijać i tak odwracam demona ogonem, że koniec końców król podziemi pada mi ze łzami w ramiona i przeprasza mnie za to, że przez niego mnie wykopali z Nieba. Bosko, nie? Martwi mnie tylko jedna rzecz: dlaczego tym razem nagroda jest tak wysoka (kolejny żarcik Lilith mierzy sobie sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu)?

Wrzuciłem papier do kosza. Pomyślę o tym później, na razie muszę się przygotować psychicznie do kilku miesięcy tułaczki i abstynencji. Nie mogę tu zostać, bo przecież te durne przydupasy doszczętnie rozwalą mi dom. Smętnie spojrzałem na barek. Żegnajcie, burbony, whiskacze i żelki Haribo, pożegnałem się w duchu z moimi drobnymi słabostkami. I byłbym dalej tak rozpaczał, gdyby nie brzęk tłuczonej szyby. Oho, zaczęło się, pomyślałem.

Przez rozbite okno z dzikim wrzaskiem wpadł do pokoju włochaty diablik. Słowem kluczem jest tu wpadł. W czasie, gdy on klnąc na czym świat stoi próbował podnieść się z klęczek i nie pokaleczyć sobie zbytnio kolan, z moich dłoni wystrzeliły dwa ogniki. Teraz już biedny diablik nie będzie musiał się niczym martwić, bo jest ostatecznie martwy. Odwróciłem wzrok od truchła i usłyszałem pukanie, po którym otworzyły się drzwi i do środka wszedł jeden z moich służących.
Panie, na Placu Czerwonym właśnie obieszczono, że... — wzrok demona w liberii lokaja spoczął na ciepłych jeszcze zwłokach.
Nie musisz kończyć, właśnie się dowiedziałem — powiedziałem beznamiętnym tonem. — Przekaż pannie Avery, że nie będę mógł się dzisiaj z nią spotkać. I posprzątaj tutaj. Zamów szklarza. I tak dalej. Z resztą, wiesz co robić.
Tttak, panie — wyjąkał sługa, ukłonił się i wyszedł z pokoju. Westchnąłem i podszedłem do okna. Spojrzałem w dół.
Witajcie w piekielnie smutnym świecie Beliala Arymana — szepnąłem do siebie i skoczyłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz