Z
zamyślenia wyrwał mnie dźwięk (czy może raczej: jęk)
pracującego intensywnie faksu. Trzeba będzie wymienić tę kupę
złomu, bo już naprawdę jedzie na oparach swojej dawnej świetności.
Ale to później, teraz nie mam do tego głowy. Powoli wstałem z
fotela i znudzony podszedłem do tej piekielnej maszyny. Czaicie,
taka gra słów: przecież to ja jestem w Piekle, a ten gruchot
został skonstruowany przez kilku ludzi (którzy, notabene,
nie żyją już od bardzo, bardzo dawna). Zobaczmy, co też wypluł
ten rupieć. Jeśli kolejne wezwanie do wydania dziesięciny Luckowi,
to takiego wała, o! Nic ode mnie nie dostanie, gnojek jeden. Trzeba
było w Niebie siedzieć cicho, a nie Najwyższemu od starych ramoli
wygarniać. Że niby za dużo wódki? A kogo to obchodzi? Bo na pewno
nie obchodziło Stwórcy! Zobaczmy więc, co to za świstek.
Im
dalej czytałem, tym wyżej podjeżdżały moje brwi. Co, na
Belzebuba...? Czy oni wszyscy w tym Piekle powariowali?!
Rozwścieczony zgniotłem kartkę w kulkę. Potem ją rozprostowałem,
bo wciąż nie mogłem uwierzyć w sens właśnie przeczytanych słów
i postanowiłem zapoznać się z treścią obwieszczenia jeszcze raz.
Ale
od pierwszego czytania nic się nie zmieniło (no, może poza paroma
zagnieceniami, ale nie bądźmy upierdliwi). Za moją głowę
wyznaczono nagrodę w postaci pięćdziesięciu tysięcy dusz i
możliwości spędzenia nocy z małżonką Lucyfera, Jej Piekielną
Wysokością Sukkubiną Lilith Bladolicą. Gdyby nie to ostatnie, to
może sam bym się im podał jak na tacy, pomyślałem z
rozbawieniem. A więc temu staremu skurczybykowi znowu się
przypomniało, że to ja zacząłem go podpuszczać na tej ostatniej
bibie, po której z hukiem nas wyrzucono z Nieba? Pięćdziesiąt
tysi to nie w kij dmuchał. Noc z nimfomanką to też nęcąca
propozycja, ale tak się składa, że ta konkretna nimfomanka jest
też przy okazji sadystyczną suką z fiołem na punkcie ratlerków
(po całym dziewiątym kręgu pałęta się ich tyle, co kotów w
starożytnym Egipcie, i są bardziej uciążliwe, niż hinduskie
krowy, brrr), pejczy i buntowników. O ile pejcze lubię i jestem
kwintesencją buntownika (wspominałem już, że moje imię po
hebrajsku znaczy między innymi "ten, który podnosi bunt"?),
o tyle ratlerków nienawidzę jak psów. Ha, ha. No i musiało się
temu capowi przypomnieć akurat teraz, kiedy jako tako się już
urządziłem? Przerabiamy ten sam schemat od wielu lat: Lucyferowi się
przypomina, że go napuściłem na Boga, za co bezpowrotnie
zatrzaśnięto przed nami bramy niebios, a potem wyznacza za mnie
nagrodę. Co ambitniejsze (albo głupsze, zależy od punktu widzenia)
demony próbują mnie schwytać, a ja je zabijam. Po dokonaniu
czystek w kadrze Piekła kończą mi się fajki i dopadają mnie
wyrzuty sumienia, i w rezultacie sam się zgłaszam do Lucka. On
marudzi, wrzeszczy, rzuca kurwami, talerzami czy co
tam jeszcze mu się nawinie pod kopyta. Ja zaczynam nawijać i tak odwracam
demona ogonem, że koniec końców król podziemi pada mi ze łzami w
ramiona i przeprasza mnie za to, że przez niego mnie wykopali z
Nieba. Bosko, nie? Martwi mnie tylko jedna rzecz: dlaczego tym razem
nagroda jest tak wysoka (kolejny żarcik –
Lilith mierzy sobie sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu)?
Wrzuciłem
papier do kosza. Pomyślę o tym później, na razie muszę się
przygotować psychicznie do kilku miesięcy tułaczki i abstynencji.
Nie mogę tu zostać, bo przecież te durne przydupasy doszczętnie
rozwalą mi dom. Smętnie spojrzałem na barek. Żegnajcie,
burbony, whiskacze i żelki Haribo, pożegnałem się w duchu z
moimi drobnymi słabostkami. I byłbym dalej tak rozpaczał, gdyby
nie brzęk tłuczonej szyby. Oho, zaczęło się, pomyślałem.
Przez
rozbite okno z dzikim wrzaskiem wpadł do pokoju włochaty diablik.
Słowem kluczem jest tu wpadł. W czasie, gdy on klnąc na czym świat
stoi próbował podnieść się z klęczek i nie pokaleczyć sobie
zbytnio kolan, z moich dłoni wystrzeliły dwa ogniki. Teraz już
biedny diablik nie będzie musiał się niczym martwić, bo jest
ostatecznie martwy. Odwróciłem wzrok od truchła i usłyszałem
pukanie, po którym otworzyły się drzwi i do środka wszedł jeden
z moich służących.
— Panie,
na Placu Czerwonym właśnie obieszczono, że... — wzrok demona w
liberii lokaja spoczął na ciepłych jeszcze zwłokach.
— Nie
musisz kończyć, właśnie się dowiedziałem — powiedziałem
beznamiętnym tonem. — Przekaż pannie Avery, że nie będę mógł
się dzisiaj z nią spotkać. I posprzątaj tutaj. Zamów szklarza. I
tak dalej. Z resztą, wiesz co robić.
— Tttak,
panie — wyjąkał sługa, ukłonił się i wyszedł z pokoju.
Westchnąłem i podszedłem do okna. Spojrzałem w dół.
— Witajcie
w piekielnie smutnym świecie Beliala Arymana — szepnąłem do
siebie i skoczyłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz